w pociemku przewierconym na wylot przez słońce
znalazłem kłącze nagie wyśnione bez serca
tam świat odnawia się w sobie
by wywieść z niebytu słowa jeszcze niepoczęte
ciało zrzuca stare lęki i znużenie
rozrasta się w zieleni
od-stwarzam się
przepompowuję krew w soki drzewne
a milczenie w nagłe lśnienie
dłoń wy-kostnieje z dawnego zdrętwienia
paznokcie pącznieją
palce zapuszczają korzenie
bóg mruży oczy i nie dowierza
że z tego bólu
można się wyprowadzić
rzeczywistość pęka pod stopami
pod nią coś jeszcze bez imienia
nie śmierć i nie byt
ta żarliwość
by kochać to kruche
mnie dawnego już nie ma
jest tylko dzianie
i nicość
stawia opór
w rozwidnieniu się gubię
w błękicie wracam
i nie zostaję