dzień pierwszy
lodówka otwarta na oścież
jakby miała nas uratować
z półek spadają butelki
zimne na zapas
jedziemy w zielone
z plastikowymi torbami
pełnymi mięsa
które jeszcze nic nie wie
trawa przyjmuje nas bez pytania
rozstawiamy krzesła
jedno przy drugim
i kilka na wszelki wypadek
pierwsze piwo znika szybko
drugie robi się odważniejsze
ogień chwyta bez oporu
tłuszcz kapie
dym wybiera oczy
zawsze te same
nalewam do pełna
dzień drugi
budzimy się późno
w ciałach cięższych niż wczoraj
popiół jeszcze ciepły
nic się nie skończyło
więc zaczynamy od nowa
mięso czernieje
w środku jeszcze surowe
śmiech przychodzi gwałtownie
potem siada cicho gdzieś obok
ktoś zasypia na krześle
ja szukam telefonu
choć ekran świeci w dłoni
słońce trzyma nas krótko
nie pozwala się ukryć
dzień trzeci
ciszej
butelki stoją w trawie
puste do końca
ognisko już tylko udaje ogień
dym nie ma siły iść w górę
ziemia oddaje nas bez żalu
wracamy
z zapachem w skórze
i czymś
co siedzi w gardle