ojciec zapina pas
wolniej niż zwykle
nie komentuje
jak prowadzę
to już coś
kiedyś jego ręka
leżała na kierownicy
jakby samochód
zaczynał się od niego
teraz zaciska palce
na uchwycie nad drzwiami
choć jadę ostrożnie
na czerwonym świetle
patrzę przed siebie
nie chcę widzieć
że te same ręce
szukają oparcia
mijamy piekarnię
w której kupował mi drożdżówkę
zawsze tę samą
z serem przyklejonym do papieru
mówi
tu trzeba skręcić
wiem
ale pozwalam mu powiedzieć
przez kilka ulic
jest jeszcze kimś
kto zna drogę lepiej
za szybą
kobieta niesie w wiadrze
mokre piwonie
na działkę
ojciec odwraca głowę
jakby rozpoznał zapach
którego tu nie ma
nie pytam
czy pamięta
pod szpitalem
gaszę silnik
siedzimy chwilę
bez ruchu
ta podróż
miała cztery kilometry
wysiadam pierwszy
obchodzę auto
od jego strony
zanim otworzę drzwi
zatrzymuję dłoń na klamce
tak jak on kiedyś
zatrzymywał mnie
przed przejściem