Nasze walentynki – to niebo bez kompasu,
Tylko kubki po earl grey, które krzyczą „Jeszcze raz!”.
Twój śmiech, gdy zapominam, po co wszedłem do kuchni,
I ten gest, kiedy zawiązujesz mi but, choć nie proszę.
Kocham cię za deszcz przeciekający przez parasol,
Za tosty spalone na kształt twojej dumy: zjemy bez mrugnięcia.
Za to, że chowasz moje skarpetki jak listy miłosne,
I że wiesz, jak włączyć światło, nim ciemność zdąży złamać kości.
Walentynki? To nasz telewizor, pluje migotaniem,
Gdy szukamy pilotów między zagubionymi książkami.
To „dobranoc”, które gubi się w drodze i wraca
Tysiącem zdjęć, gdzie plamy układają się w alfabet.
Nie trzeba nam żadnych konstelacji – wystarczy twój kaszel, gdy udajesz, że nie płaczesz.
Miłość to książka, w której brakuje strony 42, a my piszemy ją od nowa,
To zielony koc, pamiętający twoje pierwsze „mhm”,
I dłonie – znające wagę pustej lodówki i pełnego śmietnika.
Bo najpiękniejsze historie piszą się w windzie,
gdzie twoje „przepraszam” brzmi jak „zostań” – mimo wszystko.