patrzę przed siebie
widzę wczorajszą twarz
jedziemy razem
ciekawe
dokąd zmierza
czasem ktoś wchodzi
spojrzenia krzyżują się
na ułamek piętra
drzwi otwarte
odbicie wysiada
ja gubię kierunek
patrzę przed siebie
widzę wczorajszą twarz
jedziemy razem
ciekawe
dokąd zmierza
czasem ktoś wchodzi
spojrzenia krzyżują się
na ułamek piętra
drzwi otwarte
odbicie wysiada
ja gubię kierunek
dziś przelotne myśli
z możliwością burz po południu
ciśnienie wspomnień w normie
mogą wystąpić nagłe spadki nastroju
w rejonie serca – lekkie zachmurzenie
z przejaśnieniami nad ranem
zalecam zabranie parasola cierpliwości
i ciepłego słowa na wieczór
jutro bez zmian –
emocje zmienne wiatr porywisty
ze wschodu na zachód
weź głęboki oddech
potem drugi na zapas
policz do dziesięciu
albo do jutra
zaparz herbatę
i patrz jak liście
robią to czego nie umiesz –
opadają bez lęku
jeśli listonosz przyniesie rachunki
udawaj że to listy miłosne
jeśli sąsiad znów trzaska drzwiami
może to oklaski
nie walcz z losem
sam kreśli scenariusz
pogłaszcz dzień po grzbiecie
i pozwól odejść
Nigdy nie było troskliwej rozmowy
jedynie cięgi ból niosły ogromny
i słowo kocham cuchnące gorzałą.
Rano wieczorem dudniło tak samo-
poczucie winy powoli krwią broczy.
Z dala patrzyłem jak znikają ściany
serce krzyczało- zostanie bezkarny.
Noc mnie zabrała daleko bez pytań
rany milczały choć dusza srebrzysta
straciła piękno i w złą stronę patrzy.
Pragnąłem uciec do świata jasności
gdzie nie uchwycą już ludzie podobni.
Dzisiaj rozumiem niesiony pewnością
że do wszystkiego potrzeba dorosnąć.
Biegnij syneczku — tatuś cię dogoni.
ojcze nasz któryś odwrócił twarz
patrz jak się uczę umierać
jak krztuszę się twoim milczeniem
chleba nam nie dawaj
ręce pełne są gwoździ
ciało pęka jak przejrzały owoc
nic już nie wskrzesza
przyjdź królestwo popiołu
bądź wola twoja jak ściana
przeciw której krew się modli
odpuść nam że istniejemy
bo sami sobie
nie możemy wybaczyć
nie wiem kto otworzył drzwi
nie pytałem o nazwisko
było późno albo wcale
może tylko przestawił kropkę
położył mi na stole
listę rzeczy utraconych
sprawdziłem pobieżnie
nie rozpoznałem żadnej
po lewej stronie świata
przewrócone krzesło
nie wiadomo czy puste
czy tylko niepotrzebne
szepnął cicho- życie
jest gramatycznie błędne
ale przecież ktoś inny
poprawiłby mnie odręcznie
więc siedzę tu dalej
w nieskończonym zdaniu
czekając na czasownik
który nie przyjdzie
lub spóźni się jak zwykle
o słowo
wystawa trwa od ósmej do zamknięcia
wejście bezpłatne z kartą
ale dziś i tak nikogo nie ma
oprócz pani w kasie
i obrazu który patrzy
tu leży kubek z porcelany
nie dotykać kosztuje więcej niż zarabiasz
obok krzesło – dizajn styl funkcja
nie siadać można usiąść za mocno
sztuka pyta: co ty na to
publiczność odpowiada: nic
dzisiaj artyzm to wideo
na ekranie człowiek upada w zwolnionym tempie
tak przez 12 minut i 48 sekund
stoisz na końcu korytarza
lekko przechylony
bez tytułu bez tabliczki
wolny
jednak zamknięty w ramie
ktoś powiedział to zwykłe ćwiczenia
że syreny wyją dla sportu
a ulica wygląda jak zawsze
tylko ciszej
jakby wstrzymała oddech
na klatce schodowej sąsiadka liczy zapasy
sól woda makaron
nie wiadomo na ile dni starczy
bo nie wiadomo ile dni zostało
gdy gasną światła nuci pod nosem
„zatęsknisz jeszcze do mych ust…”
piosenkę sprzed lat
gdzieś między paczkami a strachem
niknie refren jak skruszone wspomnienia
za oknem niebo wisi nisko
ciężkie jak głowa po złym śnie
wiatr przykleja gazety do chodnika
krzyczą nagłówkami
których nie chcę czytać
nocą radio nadaje zakłócenia
o granicy czołgach i prawie do obrony
ale przecież granica jest tam
gdzie kończy się światło w oknach
na razie jeszcze śpimy
na razie jeszcze śnimy
choć buty stoją przy drzwiach
na wypadek
gdyby świt kazał uciekać
dziadek zawsze twierdził
że najlepsza kawa
stygnie w szklance
bo człowiek ma czas pomyśleć
więc siedział w kuchni
z gazetą sprzed kilku dni
i mruczał coś pod nosem
jakby kłócił się z przeszłością
o polityce szkoda gadać
mówił mieszając cukier
a pogoda zawsze taka sama
gdy nie ma już dawnego słońca
gdy umarł
babcia zaparzyła kawę jak zwykle
i postawiła szklankę obok siebie
czasem trzeba pomyśleć we dwoje
mogłeś urodzić się rybą
płynąć z prądem i szukać dna
albo kamieniem na brzegu
cierpliwie czekać na wodę
niedokończonym snem
rozproszonym nad ranem
lub kroplą jesiennego deszczu
która nie zdążyła wsiąknąć w ziemię
a jednak jesteś sobą
i codziennie wybierasz od nowa
chociaż nikt nie powiedział
ile pozostało rzutów kością