nagle
było jaśniej
a potem
zgasło światło
już nie wiedziałem
czy to ty
czy prąd
nagle
było jaśniej
a potem
zgasło światło
już nie wiedziałem
czy to ty
czy prąd
mówią do mnie jakby wiedzieli
kim jestem
noszę to imię
jak marynarkę po kimś
kto miał szersze ramiona
czasem próbuję dopasować
podwinąć rękawy
albo przyszyć guzik z własnego dnia
ale zawsze zostaje fałda
w której chowa się pamięć
chcesz znów usiąść
na łóżku mokrym od strachu
by sprawdzić
czy jeszcze pamiętam twój zapach
wiem że to ty
bo cisza się rwie
jakby ktoś ciął ją paznokciem
nie masz twarzy
tylko cień
który zna każdy mój ruch
nie prosisz
nie grozisz
stajesz bliżej —
i wtedy wiem
że nie jestem sam
a kiedy mówię
wystarczy
śmiejesz się bezdźwięcznie
przecież to ja
tu zostałem
nie odszedłem
Inspiracja: Julia Hartwig – „Prośba”
daj nam spotkać się bez broni
przy stole z drewna które ocalało z potopu
pod niebem co spłonęło i znów się otworzyło
odsuń żal
wchodzi do rozmowy nieproszony
przyprowadź van Gogha
niech pokaże jak światło potrafi boleć
niech Satie gra ciszej
wciąż uczymy się słuchać
pozwól aby sen nie był ucieczką
lecz miejscem powrotu
abyśmy wchodzili w dzień
z oczami czystymi od gniewu
i jeśli możesz
niech ktoś jeszcze raz
po prostu powie
akcja
stoję w progu i milczę
noc jest sucha
powietrze drapie jak wełna
stół czeka
krzesło pamięta ciężar
mówię szeptem do pustki
żałuję za swoje troski
za gasnące słowa
za kroki które wracały
za twarz w lustrze gdy bladła
chcę zacząć od ciszy
od wody w dłoniach
od twardego chleba
niech ranek będzie trzeźwy
niech uczy prostych kroków
jeśli jeszcze umiem
położę dłonie na sercu
i zostanę
wypiłem trzy piwa
zanim zapaliłem pierwszego papierosa
barman powiedział że mam oczy jak wyprzedaż
puste i tanie
kobieta obok miała twarz
jakby dawno przestała wybierać
po czwartej szklance
przestałem udawać że piszę wiersz
patrzyłem jak mucha tonie w piwie
to jest całe życie
przychodzi w brudnej szklance
i kończy zanim zdążysz dopić
kapie ze mnie noc
tłuszczem z ciała po spowiedzi
na języku sól
modlitwa gnijąca w gardle
cisza drapie powieki
światło nie wraca
a dusza ślizga się
na zimnym kamieniu
pachnie spaloną wodą
ciało drży
jak puste naczynie
w środku dudni mięso
łup
łup
ktoś bije we mnie pięścią
klękam w ciemności
nad sobą jak nad ścierwem
i krzyczę amen
żeby przestało
na papierze kraj wygląda spokojnie
granice są cienkie i nie krwawią
miasta leżą równo
jak słowa w dobrze napisanym zdaniu
tylko rzeki
zawsze coś poprawiają
przesuwają historyczne przecinki
patrzę na ten kształt
na ten dom
ojczyzna to miejsce
w którym nawet błąd ortograficzny
boli bardziej niż gdzie indziej
nic wielkiego się nie dzieje
liść spada — nie po raz pierwszy
wiatr próbuje wyjaśnić gałęziom
sens przemijania
ale one milczą, jak zwykle
na ławce ktoś zostawił gazetę
z wczorajszą pogodą i przyszłym deszczem
czytam horoskop dla tych
którzy jeszcze mają plany
i myślę, że nawet gwiazdy muszą się starzeć
w stawie odbija się światło
nie po to, żeby coś udowodnić
tylko dlatego, że może
jesień nie jest ani smutna, ani mądra
po prostu ma czas
i z niego korzysta
Mój Ojciec, postać z bocznego toru,
zawsze w ciemnym, nie do zapamiętania,
istniał głównie w po – po dzwonku, po zmianie.
Przed zmianą było za wcześnie, w szumie stali.
Jego dłoń nie była dłonią, była mapą,
z bruzdami szorstkimi jak piasek pod podkładami.
Każda mówiła: tak, pociąg przyjedzie.
I przyjeżdżał. To był jego dowód.
Miał w sobie metaliczny spokój,
jak ktoś, kto wie, ile ton waży cel.
Nie budował mostów, utrzymywał je,
ciągle był między ruchem a upadkiem.
W domu siadał, a powietrze obok stygnęło,
pachniało siecią trakcyjną, długą drogą.
Wzrok błądził tam, gdzie horyzont
zamienia się w szyny, gdzie ziemia
zaczyna mówić kątem i prostą.
Wszystko, co zarabiał, miało w sobie prędkość.
Pieniądze pachniały pośpiechem,
choć wpadały do portfela powoli,
jakby odrywane od torów we mgle,
w które wzrok wpada na zawsze.
Czasem, gdy spał, w oddechu
brzmiało regularne stukanie kół.
A my, dzieci, byliśmy jego stacją,
małą, jedyną, gdzie można wysiąść
i być po prostu, bez biletu i pośpiechu.
Patrzyliśmy na niego, na ten cichy dowód,
że świat porusza się, nawet gdy zastyga,
i że za tym ruchem stoi ktoś,
kto pozwala, by szyny były żywsze
niż cała reszta tego, co widać.