Kategorie
Post

Adres na brzeg ciszy

Mówiłaś: pisz lekko, jak oddech na papierze.
A jednak litery ciemnieją, gdy serce sączy atrament.
Z mostu został tylko cień, zdania zastygły w milczeniu.
Gdyby cisza nie bolała, zrobiłbym to inaczej.
Nie składał słów do konfesjonału
nie zostawił „kocham” na rachunku za prąd.

Nie nauczono nas, że słowa ważą więcej niż ciała.
Że „zostań” może złamać krzesło w pustym pokoju.
Jeśli przyjdziesz, nie pukaj. Wejdź bokiem
przez ostatni wiersz – tam, gdzie początek
jeszcze nie istnieje.

Kategorie
Post

pojednanie

szum drzew pamięta wielkich
światło przecina cienie
pod stopami kładzie się ziemia

uznaję własną kruchość—
pokora nie ugina kolan
lecz prostuje serce

Kategorie
Post

wspomnienia

mówiłaś że lato pachnie winogronami
ale zima przyszła za wcześnie
wieczorem spakowałaś sukienki
i zabrałaś uśmiech jak własność

została mi tylko piekarnia za rogiem
gdzie wciąż pieką bułki
których już nie dzielimy na pół
stolik przy oknie za mały na rozmowy
za duży na milczenie

w kieszeni mam drobne na wspomnienia
i żadnej monety na szczęście
może wróci jak zawsze
gdy wiatr rozwieje zapach drożdży
a światło w witrynie przestanie drżeć

Kategorie
Post

dusza na opak

kawa stygnie w kubku z mgłą
kalendarz rozdarty na „było”
cień na ścianie szepcze: „nic nie wiesz”
a ja – wiersz piszę na litość

daj mi duszę na opak
niech deszcz płacze w środku lata
niech tramwaj zgubi rozkład
a miłość – niech o nic nie pyta

w szufladzie listy z imionami
jak ptaki z połamanym skrzydłem
czasem śmieję się w próżnię – tak
aby dźwięk się rozmył

sznur świateł pełznie ulicą
noc jak gazeta z wczorajszą datą
w kieszeni grosz – i uśmiech losu
a w oknie – sen obdarty z szaty

daj mi duszę na opak
niech gwiazdy tańczą na ziemi
niech łzy będą słone a chleb gorzki
niech prawda gubi się w niewyraźnym

i niech tak będzie – na opak
na wspak na przekór na zakład
że choć wiersz brzmi jak pożegnanie
ja wciąż uśmiecham się… pod wiatr

Kategorie
Post

Herbaciarnia o piątej po południu

Parująca czarka stawia na stole słońce —
pomarańczowe, rozproszone w kręgach dymu.
W jej wnętrzu pływają liście jak złote rybki
unoszone barwnymi wspomnieniami.

Cynamon układa się w koronkę na powierzchni
a miód spływa po łyżeczce leniwie
jak światło zsuwające z desek stodoły
gdzie kiedyś bawiłem się w chowanego.

W kącie piecyk oddycha żarzącymi węglami
w jego blasku drewniana ławka opowiada
o dłoniach, które rzeźbiły w sękach melodię.
Nawet ściany pachną tu chlebem
upieczonym z mąki i milczenia.

Za oknem śnieg szyje całun dla ogrodu,
ale tutaj ciepło splata się w kłębek —
owija się wokół kostek, wpełza pod rękawy
głaszcze włosy zapachem wanilii
skąpanej w mleku.

Gdy odwracam głowę, herbata zmienia kolor:
teraz jest bursztynem, który przechowuje
odgłos kroków matki
na drewnianych schodach z dzieciństwa.

Wypijam ją powoli —
na dnie zostaje słodki uśmiech
i pestka granatu świecąca
jak latarnia w lodowatym zmierzchu.

Kategorie
Post

nienarodzona chwila

pęknięcie horyzontu — skorupka jajka
w środku koliber haftuje ciszę na powiece nocy
igłą tęczówek przeszywając konstelację zaginionych sylab

słońce — wahadło bez ciała — przecina kurz
tkając cienie w alfabet Braille’a
dla ust niezapominających modlitwy

ocean zaciska pięści
sól krzepnie w naszyjnik Andromedy
ryby-słowa przecinają dno
zostawiając srebrne cięcia
dla czytających dnem szklanki

północ rozwija się jak zwój
spalony na brzegach czasu
ćmy piją światło z gardeł latarni
aż rozpuszczą się w niepamięci

a ja piszę twoje imię na wodzie
parującej w stronę księżyca —
jedynego świadka bez języka

w pęknięciu między „było” a „będzie”
płomień wywija kankana
na linie między istnieniem a próżnią
głuchy na oddech niesłyszalny o północy

nasze ciała — popiół wirowany oddechem
tańczyliśmy jak błyski
bez świadomości
że ogień bywa zimny i niemy

czasem myślę że świat to cień
iskry stłumionej w gardle wszechświata —
szept który nie chce być łkaniem

ten wiersz nie ma końca
ma tylko pęknięcie
rosnące w rytm niesłyszalnego oddechu
rozpada się na piasek
ale piasek pamięta kształt dłoni
nawet jeśli dłoń była tylko pragnieniem

Kategorie
Post

Pracownia świateł i znaków

W „księdze zmierzchu” litery płoną szeptem —
zapraszam gdzie mgła
splata się z sennym oddechem.

W dłoniach z lodowego szkła przynieście
klucz odlany z żaru niewypowiedzianych imion
by otworzyć bramę z cienia i świtu.

Tu lilia wisi w próżni –
zakotwiczona imiennym oddechem—Róża
jej płatki to mapy utkane z westchnień wiatru.

Zwierciadło unosi twarze
rozmyte w drżącym odbiciu
a prawda odbija się w płynnym czasie.

Łódź z księżycowego szkła
płynie po błyszczącej żyłami nocy
wioząc dusze zapisane w ognistych językach.

Każda gwiazda to znak —
wciąż niezagojona świetlana blizna
usta zmienią ją w spopielone wspomnienia.

Przybywajcie!
W „warsztacie symbolu”
przetopimy łzy w konstelacyjny alfabet
a zakurzony wszechświat przemówi runami.

Nie pytajcie o cień tańczący w rogu —
to odbicie skrzydeł śpiącego motyla.

Kategorie
Post

Szarlotka i Nogi od Stołu (pigułka groteski z komizmem)

Kuchnia pachnie niebem pokrojonym na ćwiartki jabłek.
Noga od stołu jęczy, że ma dosyć geometrycznej codzienności –
„Cyrk!” – szepcze, wyginając sęk w arabesce,
gdzie każdy aplauz to życiowa szansa wymachiwania chorągiewką na dachu wiaty.

Na patelni masło skacze jak oparzone,
wydziela spiskowe hasło: migdałowy sygnał dla uciekinierów.
Cieniste mąki układają się w archipelag,
a wałek do ciasta unosi się nad blatem jak pogłoska.

Kot wkracza bez pukania, przeciąga źrenice w pytajnik:
„Czy pieczesz marzenia na złoto, czy na próżno?”
Jego ogon pisze w powietrzu równanie,
gdzie „x” to miejsce, w którym giną wszystkie odpowiedzi.

Radio chrząka –
Pogodynka zamienia się w klauna
z parasolem pełnym gradowych dowcipów.
Śmieje się, że burza to tylko nieudany numer żonglerski,
chmura, tęcza to resztki farby z płótna Boga.

Szarlotka w piekarniku rośnie jak bunt,
zegar trzepocze wskazówkami,
jakby czas nagle nauczył się latania.
Noga od stołu odrywa się z chrzęstem,
wiruje w obłoku mąki –
teraz jest ptakiem nieznającym słowa „kąt”.

Wanilia śpiewa szansonetkę o tym,
że każdy deser to spisek przeciwko goryczy.
Cynamonowe gwiazdy spadają na stół,
pierwszy kęs ciasta rozgryza ciszę –
okazuje się, że cały ten spektakl
to tylko preludium do lotu,
gdzie szarlotka huśta się na linie z bitej śmietany,
a ziemia jest płaskim plackiem.

Nigdy nie miała prawa się udać.

Kategorie
Post

ślady pisane węglem

mówili że dom rośnie z desek
lecz fundamenty to ślady stóp ojca
wracał z pola a ziemia pod paznokciami
— czarny pergamin

matka prała ciszę w balii
wirującej jak globus bez nazw
my liczyliśmy słoiki
bursztyn kiszonej kapusty
rubinowe buraki
— każdy zakręcony na głód
co szeleścił za szybą
jak niedzielna gazeta

lipcowe siano pachniało potłuczonym szkłem
kosiarka zawodziła już-nie-wołaj-już
a dziadek gubił litery w modlitewniku
zastępował amen plamą tytoniu
wieczność — zasuszonym płatkiem maku

gdy odeszli dom stał się księgą
z rozdartymi stronami
szuflady pełne guzików bez oczu
łóżka — tratwy zakurzonego oceanu
w kredensie — cukier sprzed potopu
kryształ słodszy niż milczenie

dziś noszę w kieszeni groch z ich ogrodu
rytmicznie kiełkuje warkotem traktorów
śmieją się że kopię pod asfaltem
jak pies szukający boskich kości
wiem
ziemia wzdycha przez pęknięcia w betonie
— każdy oddech to abecadło
które układam z pokruszonego węgla

Kategorie
Post

puste krzesło

babcia zawsze siadała przy oknie
łokieć na parapecie
oczy zatopione w ulicy
lśniły wieczną młodością

patrzyła
jak chłopak w niebieskiej kurtce
codziennie o czternastej
rzuca kamieniem w latarnię
jakby chciał coś obudzić

mówiła że wszystko widać
jak ktoś biegnie
jak ktoś wraca
po raz pierwszy otwiera furtkę
lub zamyka ją na zawsze

kiedy babcię zabrali
krzesło przy oknie stało puste
latarnia nadal drżała na wietrze

lecz nikt już nie liczył uderzeń