proszę księdza
grzeszyłem myślą
mową
uczynkiem
i zaniedbaniem
onanizowałem się
rano
w południe
w nocy
gdy było cicho
i nikt nie patrzył
z nudów
z napięcia
z samotności
bez sympatii
bez wyobrażeń
mechanicznie
jakby ciało wiedziało
zdradzałem
konkretnie
w tanich pokojach
w cudzych mieszkaniach
po alkoholu
bez alkoholu
z tą samą łatwością
wracałem
mówiłem w porządku
milczałem
udawałem sen
kłamałem
często
z powodu
z wygodą
żeby mieć spokój
żeby nie tłumaczyć
kim jestem
opuszczałem ludzi
gdy mnie potrzebowali
odpisywałem później
albo wcale
licząc na zapomnienie
byłem zazdrosny
małostkowy
złośliwy
cieszyłem się
z cudzych porażek
obrażałem boga
nie słowami
życiem
a jego nie było
pamiętam miejsca
daty znikają
ciężar zostaje
nie umiem zliczyć
bo się mieszają
jakby to był jeden
ciągły stan
to wszystko
co dziś potrafię wyznać
bez ucieczki
bez poprawy
obiecanej na zapas
proszę o rozgrzeszenie
bo sam
nie potrafię grzeszyć
o jeden płatek
z obiecanym połykiem
i na wieki