Kategorie
Post

księga wejść i wyjść

na klatce schodowej wisi kartka
wczoraj zmarła sąsiadka z trzeciego

dopisano długopisem miała kota
czy możesz się nim zająć

obok ogłoszenie o sprzedaży lodówki
z dopiskiem pilne

na dole leży rozerwany rachunek za prąd
ktoś kopnął ale nie podniósł

drzwi do piwnicy są uchylone

Kategorie
Post

prośba o ciszę

panie który siedzisz w świetle
i w cieniu schodzisz po stopniach
wyciągam ręce nie po znak
lecz po ciszę

nie chcę cudów składających się z liczb
aniołów mierzących znaki w brewiarzu
zostaw mi tylko przestrzeń
do wypełnienia milczeniem

niech gwiazdy nie błagają uwagi
niech drzewa nie proszą łaski wiatrem
pozwól by wszystko było
po prostu zwykłe
jak myśli w rzece jordanu

nie zmazuj śladów prowadzących w tył
niech w cieniu przędzie miejsce
na przeszłość całą i wstecz
w złożony krzyż
duch miejsca szepcze

Kategorie
Post

Ciężar nieba

Rzuciłem w niebo kamyk –
Bóg złapał go w locie
schował do kieszeni
gdzie dźwięk psalmu gaśnie.

W oknie koszula drży
pusta jak okno bez światła.
Noc wciska w nią ciało
ale nie w moje.

Wino krzepnie w szklance
strup bez krwi i winy.
Dziś znów nie umrę –
Śmierć ma skamieniałą twarz.

Poświata latarni błyszczy
na twardej ziemi niczym szkło.
Położył się bezdomny pies
o wszystkich moich imionach.

Kategorie
Post

poranna symfonia

piekarz otwiera drzwi świt pachnie chlebem
para z bochenków unosi się jak welon
słońce przecieka złotą nitką
między płytami chodnika

dziecko na trzepaku kreśli ósemki
wiatr kruszy śmiech na ćwiartki
kot przemyka pod płotem
gubiąc niespełnione obietnice

w budce z gazetami mężczyzna
składa żurawie z nagłówków
skrzydła z niedomkniętych pytań
osiadają na dłoniach

w kałuży odbija się niebo —
szklany talerz pełen błękitu
lekki ruch marszczy taflę
światło ślizga się po wodzie

starsza pani niesie w siatce
pomidory czerwone jak światło stopu
życie mruga na zielono
lecz czasem zamiera w żółtym westchnieniu

jakby nie wiedziało – iść czy czekać

Kategorie
Post

Stany skupienia

Jesteś rtęcią w moich żyłach po północy:
ciekłym srebrem
które pyta
czy światło jest raną
czy blizną na ciemności?

W gardle mam piasek
z zegarów słonecznych –
połknąłem czas
i teraz trawię
kręgi na wodzie.

Twoje milczenie
to próżnia
w której krystalizuję się
na nowo:
diament
złożony z pytań
bez krawędzi.

Wiatr przewraca stronę w płomiennej księdze
cień pisze komentarz kursywą z dymu.

Czy widzisz jak nasze oddechy
wirują w szklanych kolbach?
Miesza się w nich złote pragnienie
z ołowianym strachem –
alchemiczny chór
śpiewający „noli me tangere” *
do ścian laboratoryjnej ciszy.

*nie dotykaj mnie! – Ewangelia (J 20,17)

Kategorie
Post

pomiędzy

drzewo nie pyta skąd wieje
tylko się przechyla

kot nie liczy dni
po prostu wraca

droga nie kończy się nagle
tylko znika w kurzu

wszystko jest pomiędzy
a ludzie szukają końca

Kategorie
Post

dom o zmierzchu

zapach jabłek płynie po kuchni jak leniwa rzeka
światło pieszczotliwie kołysze się na porcelanie
radio szepcze w języku zapomnianych fal

za oknem ogród — fotografia bez ram
wiatr przewraca liście jak kartki niewysłanego listu

podłoga skrzypi rytmicznie pod stopami
drzwi otwarte niczym ramiona obejmujące pustkę
wieczór nagle wtargnął do środka
zawisł w kącie
milczenie pozostało najgłośniejsze
ze wszystkich słów

Kategorie
Post

Zwykłe cuda

Nasze walentynki – to niebo bez kompasu,
Tylko kubki po earl grey, które krzyczą „Jeszcze raz!”.
Twój śmiech, gdy zapominam, po co wszedłem do kuchni,
I ten gest, kiedy zawiązujesz mi but, choć nie proszę.

Kocham cię za deszcz przeciekający przez parasol,
Za tosty spalone na kształt twojej dumy: zjemy bez mrugnięcia.
Za to, że chowasz moje skarpetki jak listy miłosne,
I że wiesz, jak włączyć światło, nim ciemność zdąży złamać kości.

Walentynki? To nasz telewizor, pluje migotaniem,
Gdy szukamy pilotów między zagubionymi książkami.
To „dobranoc”, które gubi się w drodze i wraca
Tysiącem zdjęć, gdzie plamy układają się w alfabet.

Nie trzeba nam żadnych konstelacji – wystarczy twój kaszel, gdy udajesz, że nie płaczesz.
Miłość to książka, w której brakuje strony 42, a my piszemy ją od nowa,
To zielony koc, pamiętający twoje pierwsze „mhm”,
I dłonie – znające wagę pustej lodówki i pełnego śmietnika.

Bo najpiękniejsze historie piszą się w windzie,
gdzie twoje „przepraszam” brzmi jak „zostań” – mimo wszystko.

Kategorie
Post

Katedra z atramentu

Deski dudnią pod stopami jak książki spadające na podłogę,
półki wyginają się pod milczącym ciężarem.
Słońce przez witraż pyli się nad encyklopedią z ’56,
gdzie „miłość” tłumaczy się przez „ofiarę” i „wrzeciono”.

Staruszka w swetrze ceruje „Pana Tadeusza” igłą,
w szwach lądują ostatnie gruszki z pękniętego Soplicowa –
jej okulary łapią światło, jak dwie małe rzeki,
a klej z tuby pachnie jak szkolna ławka w lipcu.

Chłopak w kapturze ryje w komiksowych marginesach
ślad, który mówi: zostawiłem tu cień paznokcia –
w jego kieszeni srebrny klucz do piwnicy
gdzieś zgubił ząb, gdy próbował otworzyć niebo.

Pod schodami zakochana para ukryta za „Historią filozofii”
dzieli się jabłkiem. Sok kapie na twarde Imperatywy,
śmieją się cicho, jakby Bóg nie czytał.
W kącie automat do kawy mieli ziarna na ulotny pył,
czekoladowy napój smakuje jak przedsmak końca wakacji.

Gdy zamykają drzwi, strażnik gasi światło fala po fali,
księżyc zagląda przez okno, by przeczytać tytuły.
Mroczne tomy pełzną po ścianach, szepcząc:
Jeszcze jedna noc, a może oczy staną się oknami,
przez które przejdziemy, by napisać się od nowa.

Kategorie
Post

Porządek rzeczy

Matka układa słoiki po dżemie
w szafie, która pamięta jeszcze wojnę.
Każdy wieczór, ten sam rytuał:
słoik pełny — słoik pusty —
a między nimi:
nalepka z datą przydatności do bólu.

Ojciec gwiżdże pod nosem
melodię, której nikt nie zapisał.
W kącie lodówki
stoi mleko — skwaśniałe
jak list
niedoręczony.

W pokoju dziadka
zegar tyka
raz (to czas)
dwa (to kurz)
trzy (to może jeszcze wrócisz?).
Na stole: szklanka herbaty
parująca w stronę okna —
para pisze twoje imię
nim rozpłynie się
w nicość ułożoną w kwadratowy
obrus.

A ja
zamiast modlitwy
szoruję podłogę
aż w wodzie
odbije się
księżyc
— ten sam
co pamięta
jak śmiałeś się
zanim wyrosły
korzenie w płucach
i odleciałeś
w stronę
gdzie nawet słoiki
nie mają dna.