coś we mnie memle i trzaska
by nawrócić w połowie
czuję się jak żuk w kowadle
choć w pierwszej osobie
Autor: Marcin
życiorys roboczy
jestem tym niekrzyczącym
choć parzyło w język
wstawałem gdy miałem leżeć
i leżałem kiedy trzeba było iść
mam w palcach odciski cudzych win
i w płucach kurz z mieszkań na wynajem
znam daty śmierci wszystkich znajomych
choć jeszcze żyją
nie zostałem poetą
bo trzeba było płacić rachunki
nie zostałem ojcem
bo bałem się że spojrzy jak ja
raz pocałowałem łokieć dziewczyny
by nie obudzić jej strachu
raz uciekłem przed psem
który miał tylko jedno ucho
czy dobrze wybrałem?
zależy komu to opowiadam
sobie nic nie mówię
żeby nie robić nadziei
mam czyste ręce
ale tylko dlatego
że często padał deszcz
życie, posiedź sobie
życie, nie wstawaj jeszcze
nie trzeba mi przemów z patosem
ani fanfar z ukrycia
wystarczy że oddychasz głośno
wczoraj zgubiłem się
w instrukcji obsługi własnej ręki
a ty pytasz co zrobię
z resztą istnienia
mieszasz mi herbatę
przesalając wspomnieniem
ciągniesz za rękaw
jak dziecko które chce być poważne
wiem, wiem
masz wielkie plany
dla mojego kręgosłupa moralnego
i chcesz żebym nosił je
jak nowe futro latem
ale ja mam dziś
tylko jedno pytanie:
czy naprawdę trzeba
nazywać wszystko po imieniu?
nie jestem poetą z zawodu
raczej użytkownikiem słów
czasem coś mi się uda —
zamiast puenty
zapada cisza
a kiedy śmierć przyjdzie
niech się nie spieszy z prezentacją
wystarczy że podniesie brwi
i zajmie miejsce obok
bez oklasków
bez czerni
może być nawet
w swetrze
grzęznę ci w gardle
ale nie używam tych słów –
zzieleniała jaskrawieją
rosną mi jak pokrzywa
coś się we mnie zieleni
ale bez przesadzania
światło zmienia barwę
lecz nie jaskrawieję
po prostu jestem sobą
choć czasem inaczej
dzisiaj milczę
jakby ktoś mi zabrał głoski
zostawił tylko te
które nie udają więcej
niż udręczone myśli
co cztery lata
przynoszą mi urnę
mówią: trzymaj- to twoje
patrzę — nie wiem
czy prochy
czy głosy
dom stoi jak stał
ale ściany mają nowe nazwiska
a portrety odwracają wzrok
tu się nie mówi
tu się przestawia słowa
z półki na półkę
jakby to coś zmieniało
czasem wychodzę na klatkę
i oddycham betonem
jak ostatnia prawda
sąsiad zmienił firanki
i mówi że teraz jest lepiej
ale cień na schodach
zawsze spada
w tym samym kierunku
umyłem ręce
jakbym mógł z nich zetrzeć
wszystko
pod paznokciem —
resztka dnia
człowiek z tramwaju
stara kobieta z krostą na brodzie
i moje nie
wypowiedziane zbyt miękko
twarz zdrapałem dokładnie
ale nadal patrzy
jakbym był winny
sobie
woda leciała długo
jak spowiedź
której nikt nie słucha
a potem zakręciłem kran
bo z krzyża też trzeba zejść
choćby po cichu
ręcznik wisiał obok
prawie jak ciało
przybite do ściany
Zamówienie na niemożliwe
byłoby
gdyby nie było inaczej
a że jest inaczej –
jest tak jak jest
gdyby niebo było różowe
a trawa szara
może więcej byśmy spali
gdyby czas płynął wstecz
bylibyśmy mądrzejsi
ale nudni jak niedzielne gazety
tymczasem –
stoimy w kolejce po bilety
do kina które już spłonęło
z uśmiechem
przecież
ktoś musiał zająć miejsce
po naszej prawej stronie
Mundus Poeroticus
nie mogła skończyć pisać
jakby noc była targiem próżności
a ja ostatnim klientem przed zamknięciem
„jestem bardzo przyjazną duszą” — mruczała
– przecież czułem tylko senność
i niepokój z miękkim ogonem
więc zablokowałem
cicho
bez dramatu
rano regulamin miał nowy wers
z twardym podkreśleniem:
„nie wolno blokować administratorek”
usunęła mnie bez grzechu
dla przykładu
dla poezji
dla siebie
jakby Szymborska miała PMS
a Wojaczek pistolet przy skroni
podobno tworzy przestrzeń wolną
od przemocy
od chaosu
ode mnie
(z dopiskiem potencjalnie niebezpieczny)
wystarczy kupić wibrator
– ja tylko chciałem
spać
Przechowalnia wspomnień
Wszystkie nasze „kiedyś”
leżą w ponumerowanych szufladach
na wypadek gdyby jutro
nie poznało nas po twarzy.
Każde „pamiętasz?”
zapakowane jest osobno –
niektóre w folię bąbelkową
inne w szeleszczący niepokój.
Proszę nie dotykać eksponatów
oznaczonych „najszczęśliwsze”:
mają tendencję do rozsypywania się
w pył przy pierwszym kontakcie.
A te w zakurzonym kącie
to nasze „oby zapomnieć”.
Wciąż próbują uciec
ale zapominamy dać im nóg.
wiek dorastania
najpierw rosną buty
potem stopy
aż w końcu
nikt już nie pyta czy się boję
matka przestaje sprawdzać
czy śpię —
bo przecież nie śpię
tylko potwory mają inne imiona
w szkole wszystko ma margines
którego nie wolno przekraczać
w domu uczę się
że najwięcej dzieje się na krawędziach
dorastam
nie wiadomo kiedy —
przy herbacie
przy wyrzucaniu zabawek
przy pierwszym „nic się nie stało”
które znaczy: wszystko
a potem ktoś mówi:
już jesteś dorosły
tylko nie wiem
czy to nagroda
czy wyrok