drzewo nie pyta skąd wieje
tylko się przechyla
kot nie liczy dni
po prostu wraca
droga nie kończy się nagle
tylko znika w kurzu
wszystko jest pomiędzy
a ludzie szukają końca
drzewo nie pyta skąd wieje
tylko się przechyla
kot nie liczy dni
po prostu wraca
droga nie kończy się nagle
tylko znika w kurzu
wszystko jest pomiędzy
a ludzie szukają końca
zapach jabłek płynie po kuchni jak leniwa rzeka
światło pieszczotliwie kołysze się na porcelanie
radio szepcze w języku zapomnianych fal
za oknem ogród — fotografia bez ram
wiatr przewraca liście jak kartki niewysłanego listu
podłoga skrzypi rytmicznie pod stopami
drzwi otwarte niczym ramiona obejmujące pustkę
wieczór nagle wtargnął do środka
zawisł w kącie
milczenie pozostało najgłośniejsze
ze wszystkich słów
Nasze walentynki – to niebo bez kompasu,
Tylko kubki po earl grey, które krzyczą „Jeszcze raz!”.
Twój śmiech, gdy zapominam, po co wszedłem do kuchni,
I ten gest, kiedy zawiązujesz mi but, choć nie proszę.
Kocham cię za deszcz przeciekający przez parasol,
Za tosty spalone na kształt twojej dumy: zjemy bez mrugnięcia.
Za to, że chowasz moje skarpetki jak listy miłosne,
I że wiesz, jak włączyć światło, nim ciemność zdąży złamać kości.
Walentynki? To nasz telewizor, pluje migotaniem,
Gdy szukamy pilotów między zagubionymi książkami.
To „dobranoc”, które gubi się w drodze i wraca
Tysiącem zdjęć, gdzie plamy układają się w alfabet.
Nie trzeba nam żadnych konstelacji – wystarczy twój kaszel, gdy udajesz, że nie płaczesz.
Miłość to książka, w której brakuje strony 42, a my piszemy ją od nowa,
To zielony koc, pamiętający twoje pierwsze „mhm”,
I dłonie – znające wagę pustej lodówki i pełnego śmietnika.
Bo najpiękniejsze historie piszą się w windzie,
gdzie twoje „przepraszam” brzmi jak „zostań” – mimo wszystko.
Deski dudnią pod stopami jak książki spadające na podłogę,
półki wyginają się pod milczącym ciężarem.
Słońce przez witraż pyli się nad encyklopedią z ’56,
gdzie „miłość” tłumaczy się przez „ofiarę” i „wrzeciono”.
Staruszka w swetrze ceruje „Pana Tadeusza” igłą,
w szwach lądują ostatnie gruszki z pękniętego Soplicowa –
jej okulary łapią światło, jak dwie małe rzeki,
a klej z tuby pachnie jak szkolna ławka w lipcu.
Chłopak w kapturze ryje w komiksowych marginesach
ślad, który mówi: zostawiłem tu cień paznokcia –
w jego kieszeni srebrny klucz do piwnicy
gdzieś zgubił ząb, gdy próbował otworzyć niebo.
Pod schodami zakochana para ukryta za „Historią filozofii”
dzieli się jabłkiem. Sok kapie na twarde Imperatywy,
śmieją się cicho, jakby Bóg nie czytał.
W kącie automat do kawy mieli ziarna na ulotny pył,
czekoladowy napój smakuje jak przedsmak końca wakacji.
Gdy zamykają drzwi, strażnik gasi światło fala po fali,
księżyc zagląda przez okno, by przeczytać tytuły.
Mroczne tomy pełzną po ścianach, szepcząc:
Jeszcze jedna noc, a może oczy staną się oknami,
przez które przejdziemy, by napisać się od nowa.
Matka układa słoiki po dżemie
w szafie, która pamięta jeszcze wojnę.
Każdy wieczór, ten sam rytuał:
słoik pełny — słoik pusty —
a między nimi:
nalepka z datą przydatności do bólu.
Ojciec gwiżdże pod nosem
melodię, której nikt nie zapisał.
W kącie lodówki
stoi mleko — skwaśniałe
jak list
niedoręczony.
W pokoju dziadka
zegar tyka
raz (to czas)
dwa (to kurz)
trzy (to może jeszcze wrócisz?).
Na stole: szklanka herbaty
parująca w stronę okna —
para pisze twoje imię
nim rozpłynie się
w nicość ułożoną w kwadratowy
obrus.
A ja
zamiast modlitwy
szoruję podłogę
aż w wodzie
odbije się
księżyc
— ten sam
co pamięta
jak śmiałeś się
zanim wyrosły
korzenie w płucach
i odleciałeś
w stronę
gdzie nawet słoiki
nie mają dna.
w mózgu — stacja kosmiczna
gdzie astronauta /dziecko/
ssie palec zamiast tlenu
(czas to plik .zip
którego nie da się rozpakować
bez utraty danych)
twoje oczy — blue_screen_of_death
a w nich:
k r z y k
z a m r o ż o n y
w
p
ę
t
l
i
miłość to bot napisany na kolanie
śpiewający „never gonna give you up”
w pętli nieskończonego bufferingu
(klikasz serce — serwer przeciążony
miłość = 404)
a jednak
w cache’u pamięci
pozostał ślad:
twoje imię
spalone w rdzeniu procesora
jak blizna
jak modlitwa
jak ghost.txt
którego nikt nie usuwa
boi się
że razem z nim
zniknie
ciężarna dusza
Wieczór wtulił się w futro z sadzy,
na wahadle starego zegara drzemie.
Madame do filiżanek nalała atramentu:
„Pijcie – to eliksir na pamięć”.
Goście w maskach żuli szepty o latach,
które nawet nie śniły się mapom.
Pajęczyny – złotem pamięci ciężkie –
wrastały w poręcze foteli jak korzenie.
Pianino w kącie ziewało otwartym pudłem,
a nad kominkiem płakał farbą portret:
mężczyzna, który nigdy nie istniał.
Wtedy uniosła kielich z cieniem w środku,
głowę przechyliła w stronę wieczności
i uśmiechnęła się na ostro –
jak koty, gdy już wiedzą,
że noc jest jedynym bogiem.
głaszczę popiół
w milczącej szarości
gdy niebo wybucha światłem
strząsam
niech wiatr rozproszy cienie
jak obietnice bez powrotu
lecz noc
zaciska iskry pod skórą
wypala znaki na kościach
a moje dłonie
wciąż kreślą twój kształt
w ogniu który nigdy nie gaśnie
Drzwi zamknęły się za nim z dźwiękiem złamanego dzwonu. W środku pachniało starymi aktami i wilgocią. Na ścianie wyblakły napis głosił: „Ruch zastępuje cel”. Schody wiły się w górę jak skorupa ślimaka.
Strażnik miał twarz z klepsydry. Piasek w jego oczach płynął w górę.
– Dlaczego nie ma numerów pięter?
– Bo każde jest jednocześnie pierwszym i ostatnim – odparł, wskazując na płaszcz uszyty z map bez nazw.
Piętro 7
Kobieta w sukni z gazetowych nekrologów karmiła gołębia strzępami paszportu. Jej twarz przypominała fotografie sprzed lat – na wpół rozmazana, na wpół zatarta przez czas.
– Szukam Rady – powiedział.
– Rada? Oni zawsze są o poziom wyżej, albo niżej. Zależy, czy liczysz w snach, czy na jawie – szepnęła, wsuwając mu do kieszeni klucz z wosku.
Gdy ruszył dalej, za plecami usłyszał trzepot skrzydeł. Gołąb, którego karmiła, wzbił się w powietrze, lecz zamiast lecieć, unosił się nieruchomo, jakby zawisł między dwiema stronami rzeczywistości.
Piętro 32
Korytarz był pusty, poza rzędem drzwi. Każde miało inny kolor, ale żadna klamka nie działała. Z sufitu zwisała żarówka, ale zamiast światła rzucała cień. W końcu korytarza siedział człowiek w szarej marynarce, układając karty na podłodze.
– Do kogo pan idzie? – zapytał, nie podnosząc wzroku.
– Do Rady.
– Zła karta. – Mężczyzna wskazał na stosik. – Spróbuj jeszcze raz.
Na podłodze leżały dziesiątki kart, ale żadna nie miała obrazka. Odwrócił jedną – była czysta. Odwrócił drugą – to samo. Trzecia zdawała się mieć wypukłość, jakby pod powierzchnią znajdował się ukryty znak, ale gdy przejechał po niej palcem, okazała się gładka.
Piętro 404
Chłopiec w mundurku rysował kredą drzwi na podłodze. Obok stał dzban z wodą, która parowała, zanim dotknęła ziemi.
– To skrót – wyjaśnił.
– Dokąd prowadzi?
– Tam, gdzie każdy skrót jest długi na wieczność.
Chłopiec podniósł wzrok i dorysował obok drzwi małe okno.
– A to?
– Widok na wyjście – odparł chłopiec, a potem zdmuchnął rysunek, który rozpadł się na drobny pył.
Piętro Zwierciadeł
W odbiciu zobaczył Strażnika z klepsydrą. Piasek w jego oczach płynął teraz w dół.
– Czas to tylko kierunek – szepnęło szkło.
Gdy zrobił krok w stronę lustra, tafla zamigotała i pociemniała, jakby nie odbijała go już, lecz kogoś innego.
Sala Rady
Postacie bez ust szeptały jednocześnie we wszystkich językach świata. Gdy otworzył usta, usłyszał własne słowa wracające jako pytanie:
– Kim jesteś?
Zamiast odpowiedzi, podano mu kamień z wygrawerowanym znakiem zapytania.
W rogu sali stał zwykły, drewniany zegar. Wskazówki nie drżały, czas nie płynął. Przez chwilę wydawało mu się, że usłyszał tykanie, ale nie był pewien, czy to nie tylko puls w jego skroniach.
Szczyt Wieży
Szczyt okazał się piwnicą. Starzec żuł jabłko z papieru.
– Gdzie Rada?
– Zjadła własny regulamin. Zostawiła to dla ciebie.
W kopercie była kartka: „Proszę czekać. Czekanie jest dowodem”.
Zejście
Na piętrze 7 kobieta zamieniła się w stos popiołu. Chłopiec 404 rysował teraz klatkę. Mężczyzna od kart odwrócił ostatnią i schował talię do kieszeni. Wsunął mu w dłoń asa pik zamiast klucza.
– To jedyna prawda, która nie istnieje.
Strażnik unosił się w powietrzu, a piasek w oczach stał się czarny.
Na piętrze Zwierciadeł lustra były puste.
Gdy wyszedł, klucz z wosku stopił się w dłoni. Na murze pojawił się nowy napis: „Jesteś tym, który szuka”.
Za plecami usłyszał trzask zamykanych drzwi. Wieża zniknęła.
Został tylko ślad w kształcie twarzy.
głosy odbijają się od bruku jak pociski
rozpryskują nic w kałużach
tną sny przechodniów na szkło
noc rozlicza ulice jak stary pies
wsiąka w szyby skleja powieki
krople na krawężnikach
to już nie deszcz
lecz ślepe westchnienia
światło w oknach mruga alfabetem Morse’a –
jedno: śpij
drugie: czuwaj
kroki w pustym pokoju
rwą ciszę jak zwłókniałe płótno
powietrze pachnie spaloną izolacją
i strachem bez kształtu –
wisi pod skórą jak zardzewiały haczyk
można uciekać można czekać
miasto rozchyli żebra niczym pułapkę
i wyciśnie owoc
aż po ostatni błysk w źrenicach