Kategorie
Post

obecność

chleb leży na desce
pokrojony w równe kręgi
(nawet okruchy milczą)
modlitwa wisi nad talerzem

woda w dzbanku połyskuje
światło przecieka do wnętrza –
na ścianie maluje hieroglify
znaczy cienie przy stole

za oknem wicher
nasłuchuje zdrowasiek
liczonych szybko na palcach
matka zaczyna wciąż od nowa –
diabeł przekłada paciorki

gaszę lampę
a pokój nie ciemnieje
światło zostawiono
jak szept w tabernakulum

Kategorie
Post

Między superpozycją a nicością

Nasączasz się światłem jak gąbka zatopiona w źrenicach Obłoku Oorta —
ja liczę twoje oddechy na abakusie z lodowego szkła
gdy każdy koralik to zamarznięta sekunda.
Byłaś chmurą prawdopodobieństw:
nawet łzy dzieliły się na struny, spływały dwoma ścieżkami naraz
w każdym wszechświecie inną geometrią bólu.

Mówiłaś: „Jeśli rozłożę dłonie na osi czasu
czy dotknę nieba w przeszłości i płomienia w przyszłości?”
Teraz leżysz w superpozycji —
twoje ciało to interferometr rozbity na strzępy teorii
serce: pulsar, który migotał alfabetem samotności.

Próbuję cię opłakać, lecz żałoba ma dziury jak ser szwajcarski.
W jednej gubi się sokół, w drugiej śmieją się dzieci
z równoległych podwórek, gdzie czas
był towarem deficytowym, a ty rozdawałaś go
jak ulotki z napisem „jutro już nie przyjdę”.

Zostawiłaś mi w spadku:
— naczynie z próżnią (w środku krzyk ściśnięty w kryształ przy -273°C)
— mapę blizn rysowaną światłem rozpadającej się Gwiazdy Podwójnej
— jedno zdanie wypalone w rdzeniu czaszki:
„Miłość to tunel, przez który ucieka światło —
czy po drugiej stronie ktoś jeszcze zbiera fotony w dłonie?”

O północy twoje atomy roztańczyły się w korowodzie rozpadów
a ja zrozumiałam, że całe życie
byliśmy tylko kolizją
dwóch cząstek-widm —
iskrą
w labiryncie
który istniał
tyle, ile trwa mrugnięcie czarnej dziury.

Kategorie
Post

zamknięci w nawiasie

powietrze między nami jest jak szkło
przezroczyście ostre na krawędziach
patrzymy na siebie
już bez dotykania wzrokiem

wczoraj twoje słowa były zagęszczone rtęcią
spływały ciężkie lepko osiadając w żyłach
dzisiaj są tylko szelestem
pod drzwiami

nigdy nie było wielkiego wybuchu
tylko ciche przesunięcia
powolne pęknięcia między słowami
aż w końcu przecinki umilkły

i wtedy zrozumiałem:
cisza nie rzuca cienia —
jest nim

Kategorie
Post

Zapisane w grudkach ziemi

Pług przeciął ospałe pole —
w bruzdach pulsuje rdza i wilgotna ziemia.
Wiatr zbiera okruchy modlitw z rozdartej gleby
układa w krąg, nim zmierzch połknie horyzont.

W zagrodzie studnia śpiewa szorstkim głosem
a woda — lustro, w którym przegląda się wieczność.
Dzieci biegają ścieżką pamiętającą ich dziadków
gdy buty stawały się korzeniami.

W stodole pajęczyna tka historię z ciszy:
słoma, sierp, garść ziaren w kieszeni nieboszczyka.
Ściany przechowują szepty zimowych nocy
gdy mróz gryzł belki, a duszom brakowało tchu.

Pod płotem pies zakopuje odnalezione kości
szuka w nich smaku zapomnianych lat.
Chmury skraplają litanie na kamieniach
lecz litery rozmywają się, zanim świt odczyta.

Babcia zgarnia popiół z pieca —
to ślad po dniach spopielonych w milczeniu.
Dłonie jej drżą jak październikowe liście jabłoni
gdy owoc staje się ciężarem bez dłoni.

Zostaniemy tu: w pęknięciach glinianych garnków
w cieniu lipy zliczającej nasze oddechy.
A ziemia, niczym księga otwarta na wietrze,
zamyka stronę za stroną — bez słowa.

Kategorie
Post

Ogród po sezonie

Ścieżki porastają pytaniami bez odpowiedzi
a czas – ten stary ogrodnik – drzemie na zardzewiałej ławce.
Liście wirują jak listy od nieobecnych
trawa chowa pod ziemią butelki po zachodzie.

W sadzie jabłka czerwienieją od zawieszonych na gałęziach krzyków
drzewo genealogiczne ma koronę z popękanych imion.
Wiatr gra na płocie pamiętającym dotyk dłoni
i kradnie z uśmiechem daty z kalendarza na gwoździu.

W krzakach bzu stoi strach na wróble w ludzkiej skórze
ma kapelusz ze wspomnień i guziki od milczącego płaszcza.
Dzieciństwo zakopane pod śliwą — kolorowe szkło
teraz tylko korzenie piją łzy z herbacianych fusów.

Stoimy w oknie: on trzyma tacę z niedojedzonymi snami
ona zbiera nożem okruchy chleba z westchnień.
Życie to studnia, gdzie echo zbiera monety
ale nikt nie woła „Jestem!” tylko „Kto tam?” w ciemności.

Może to my jesteśmy ogrodem po sezonie?
Gdzie róża kwitnie kolcami, a motyle uczą się palić.
Gdzie niebo pisze list miłosny atramentem z piorunów
a koperta czeka, choć dumni nigdy nie wyślemy słabości.

Kategorie
Post

Adres na brzeg ciszy

Mówiłaś: pisz lekko, jak oddech na papierze.
A jednak litery ciemnieją, gdy serce sączy atrament.
Z mostu został tylko cień, zdania zastygły w milczeniu.
Gdyby cisza nie bolała, zrobiłbym to inaczej.
Nie składał słów do konfesjonału
nie zostawił „kocham” na rachunku za prąd.

Nie nauczono nas, że słowa ważą więcej niż ciała.
Że „zostań” może złamać krzesło w pustym pokoju.
Jeśli przyjdziesz, nie pukaj. Wejdź bokiem
przez ostatni wiersz – tam, gdzie początek
jeszcze nie istnieje.

Kategorie
Post

pojednanie

szum drzew pamięta wielkich
światło przecina cienie
pod stopami kładzie się ziemia

uznaję własną kruchość—
pokora nie ugina kolan
lecz prostuje serce

Kategorie
Post

wspomnienia

mówiłaś że lato pachnie winogronami
ale zima przyszła za wcześnie
wieczorem spakowałaś sukienki
i zabrałaś uśmiech jak własność

została mi tylko piekarnia za rogiem
gdzie wciąż pieką bułki
których już nie dzielimy na pół
stolik przy oknie za mały na rozmowy
za duży na milczenie

w kieszeni mam drobne na wspomnienia
i żadnej monety na szczęście
może wróci jak zawsze
gdy wiatr rozwieje zapach drożdży
a światło w witrynie przestanie drżeć

Kategorie
Post

dusza na opak

kawa stygnie w kubku z mgłą
kalendarz rozdarty na „było”
cień na ścianie szepcze: „nic nie wiesz”
a ja – wiersz piszę na litość

daj mi duszę na opak
niech deszcz płacze w środku lata
niech tramwaj zgubi rozkład
a miłość – niech o nic nie pyta

w szufladzie listy z imionami
jak ptaki z połamanym skrzydłem
czasem śmieję się w próżnię – tak
aby dźwięk się rozmył

sznur świateł pełznie ulicą
noc jak gazeta z wczorajszą datą
w kieszeni grosz – i uśmiech losu
a w oknie – sen obdarty z szaty

daj mi duszę na opak
niech gwiazdy tańczą na ziemi
niech łzy będą słone a chleb gorzki
niech prawda gubi się w niewyraźnym

i niech tak będzie – na opak
na wspak na przekór na zakład
że choć wiersz brzmi jak pożegnanie
ja wciąż uśmiecham się… pod wiatr

Kategorie
Post

Herbaciarnia o piątej po południu

Parująca czarka stawia na stole słońce —
pomarańczowe, rozproszone w kręgach dymu.
W jej wnętrzu pływają liście jak złote rybki
unoszone barwnymi wspomnieniami.

Cynamon układa się w koronkę na powierzchni
a miód spływa po łyżeczce leniwie
jak światło zsuwające z desek stodoły
gdzie kiedyś bawiłem się w chowanego.

W kącie piecyk oddycha żarzącymi węglami
w jego blasku drewniana ławka opowiada
o dłoniach, które rzeźbiły w sękach melodię.
Nawet ściany pachną tu chlebem
upieczonym z mąki i milczenia.

Za oknem śnieg szyje całun dla ogrodu,
ale tutaj ciepło splata się w kłębek —
owija się wokół kostek, wpełza pod rękawy
głaszcze włosy zapachem wanilii
skąpanej w mleku.

Gdy odwracam głowę, herbata zmienia kolor:
teraz jest bursztynem, który przechowuje
odgłos kroków matki
na drewnianych schodach z dzieciństwa.

Wypijam ją powoli —
na dnie zostaje słodki uśmiech
i pestka granatu świecąca
jak latarnia w lodowatym zmierzchu.