wzrosłeś na płodnej ziemi
by istnieć – nie tu nie teraz
uparty siewca milczącego sprzeciwu
odradzasz jakże pięknie brzydki
wzrosłeś na płodnej ziemi
by istnieć – nie tu nie teraz
uparty siewca milczącego sprzeciwu
odradzasz jakże pięknie brzydki
nie kradnij
chyba że cudze marzenia
są na wyprzedaży
nie cudzołóż
wierność jest w cenie
w świecie gdzie samotność
to miara sukcesu
pamiętaj o świętach
nawet o święcie pustki
inne to tylko iluzja
marny dodatek do życia
czcij ojca i matkę
jeśli nie potrafisz
to przynajmniej
przewijaj reklamy
na ekranie smartfona
nie mów fałszywego świadectwa
ale filtruj zdjęcia
dopóki świat nie dostrzeże
że prawda ma nową wersję
nie krzywdź
ale jeśli krzywdzisz siebie
nikt się nie oburzy
w świecie gdzie ból
jest tylko kolejnym produktem
tak przyjemnie patrzeć jak płonie
elektryczny samochód sąsiada
dekalog w pigułce z krzyżykiem
skrót do ustawień fabrycznych
w psychoaktywnym świecie
ziemia ciężko oddycha pod liściem
opadającym jakby zapomniał wiosnę
deszcz przenika chłodne wnętrze gleby
korzenie spijają niezrozumiałe poglądy
w miejscu pękającej kory rodzi się pamięć
ogień wypala ślady dawnej zieleni
dłonie kruszące skały
nie pytają lasów o zgodę
choć krzyk żywicy rozdziera ciszę
światło przesącza się przez konary
jakby szukało w nas blasku
lecz spojrzenie opada zawstydzone
pragniemy wyłącznie tego
co można złamać i uczynić swoim
drzewa trwają niewzruszone
milczą jak niemi świadkowie
tworząc cienie dłuższe niż czas
który mamy by pojąć prawdę
jesteśmy wyłącznie marnym
szelestem w ich wieczności
kobiety wymieniają przy straganie
tajemnice niekoniecznie różańcowe
„syn sąsiadki poślubił oną ono ją jego”
„wnuk Nowakowej to influnser na jutub”
słowa na wagę jak zwyczajowa garścina
pies ujada na Janka kradnącego wiśnie
handlarz zmrużył oko z uśmiechem
choć chłopiec biegnie coraz szybciej
czas ucieka przez dziurawe podeszwy
wracam z pustą torbą
lecz głową pełną światła
chciałem tylko spojrzeć
na nas — zwykłych ludzi
światło niesie cień
ciężar zawieszonych myśli
próżnia w dłoniach
rozsypuje się jak szkło
milczenie tnie głębiej niż dźwięki
pragnienia nie sięgają klamki
świat zamknięty w pudełku zapałek
dławi przytłaczające powietrze
myślisz o zakrwawionych nadgarstkach
ból odpływa szybko zostawiając pustkę
cisza oplata wnętrze
łamiąc ostatnie nadzieje
czekałem na ciebie obok przystanku
czwórka jechała pusta
tylko wiatr smagał szyby
liście przyklejały się do chodnika
padało
facet w czarnej kurtce patrzył na mnie
jakby miał spokój na wyłączność
w ręku ściskałem plastikową siatkę
z logo nieistniejącego sklepu
jabłka cięły palce trującym ciężarem
myśli pulsowały w głowie
rozsadzały czaszkę wspomnieniami
autobus zabrał mnie za miasto
gdzie rzeka cuchnie jak brudna rana
gdzie cisza wgryza się w trzewia
i wypluwa resztki zgniłej miłości
noc ciągnie się niczym nitka taniego swetra
każde przekręcenie poduszki tylko ją plącze
światło z ulicy rysuje paski na ścianie
na kształt zatrzaśniętej małej klatki
rozbawiony sąsiad ogląda telewizję
śmiech brzmi jak otwierana lodówka
wypełniona pustą przestrzenią
powietrze w pokoju jest gęste
jakby zapomniano otworzyć okna
myśli osiadają w rogu sufitu
ściskając powoli pulsujące skronie
rano świat wygląda tak samo
lecz w lśniącej ciszy czai się coś
czego nikt nie nazwał imieniem
nie chcę drzewa genealogicznego
tam ciężar korzeni rozciąga żebra
w tej rodzinie każdy liść
poszarpany przez wiatr
opada w grzesznej ciszy
chciałbym być świeżym nasieniem
wzrosnąć ze spopielonych kości
gdzie nie znają mojego imienia
gdzie ziemia nie poczuła strachu
a człowiek wzrok podnieść potrafi
za kratami konfesjonału
miłość wbija pazury w skórę
ślady na ramionach znak krzyża
brak krwi tylko blizny
rysują jednokierunkową drogę
oczy jak grzech
palą i kłują
słowa gaszą ostatni oddech
palce zaciskają ostre krawędzie
cisza rośnie pęka zamienia się w krzyk
pod stopami
rozbite hostie
deptane
roztrzaskane bez ostrzeżenia
błysk kaleczy milczy rani
ściskasz dawne świętości w kawałkach
okruchy nadziei pod ciężarem rozczarowań
zostały resztki – marzenia
rozsypane jak proch
to nie modlitwa nie ołtarz
zerwane więzi rwane nitki
chwytasz bliskość ostatnią wieczerzę
gorzki smak dzisiaj jako pokutę
nie pytam
czy weźmiesz połowę
cisza jest niepodzielna