mówię do ciebie głosem jak z poranka
kiedy trawa milczy a ziemia paruje
stanąłem po kostki w wyschniętej rzece
i słuchałem jak kamień uczy się imienia
memento szepcze sól na wargach
choć nikt nie stawia tu ołtarza
idę przez pole gdzie ścierń pamięta deszcz
a każdy kłos drży jak niedopowiedziane słowo
za wzgórzem leży łódź odwrócona brzuchem do nieba
czeka na wodę która odeszła bez pożegnania
ktoś rozrzucił ziarno na popiół
i wierzył że popiół zna drogę do wiosny
powtarzam po nim pacierz bez znaków
tylko oddech pauza rezonans między żebrami
w połowie kroku zatrzymuje się wiatr
jakby zrozumiał że nie ma dokąd wracać
na skraju pola stoi krzesło bez siedzącego
to krzesło wie za dużo
kohelet cichnie w kieszeni kurtki
strony wczepione w palce mówią zostań
patrzę na dzban którego nikt nie podnosi
z dnem wytartym od użycia
przychodzi chłopiec umie czytać ciszę
układa z patyków słowo początek