Kuchnia pachnie niebem pokrojonym na ćwiartki jabłek.
Noga od stołu jęczy, że ma dosyć geometrycznej codzienności –
„Cyrk!” – szepcze, wyginając sęk w arabesce,
gdzie każdy aplauz to życiowa szansa wymachiwania chorągiewką na dachu wiaty.
Na patelni masło skacze jak oparzone,
wydziela spiskowe hasło: migdałowy sygnał dla uciekinierów.
Cieniste mąki układają się w archipelag,
a wałek do ciasta unosi się nad blatem jak pogłoska.
Kot wkracza bez pukania, przeciąga źrenice w pytajnik:
„Czy pieczesz marzenia na złoto, czy na próżno?”
Jego ogon pisze w powietrzu równanie,
gdzie „x” to miejsce, w którym giną wszystkie odpowiedzi.
Radio chrząka –
Pogodynka zamienia się w klauna
z parasolem pełnym gradowych dowcipów.
Śmieje się, że burza to tylko nieudany numer żonglerski,
chmura, tęcza to resztki farby z płótna Boga.
Szarlotka w piekarniku rośnie jak bunt,
zegar trzepocze wskazówkami,
jakby czas nagle nauczył się latania.
Noga od stołu odrywa się z chrzęstem,
wiruje w obłoku mąki –
teraz jest ptakiem nieznającym słowa „kąt”.
Wanilia śpiewa szansonetkę o tym,
że każdy deser to spisek przeciwko goryczy.
Cynamonowe gwiazdy spadają na stół,
pierwszy kęs ciasta rozgryza ciszę –
okazuje się, że cały ten spektakl
to tylko preludium do lotu,
gdzie szarlotka huśta się na linie z bitej śmietany,
a ziemia jest płaskim plackiem.
Nigdy nie miała prawa się udać.