Kategorie
Post

nienarodzona chwila

pęknięcie horyzontu — skorupka jajka
w środku koliber haftuje ciszę na powiece nocy
igłą tęczówek przeszywając konstelację zaginionych sylab

słońce — wahadło bez ciała — przecina kurz
tkając cienie w alfabet Braille’a
dla ust niezapominających modlitwy

ocean zaciska pięści
sól krzepnie w naszyjnik Andromedy
ryby-słowa przecinają dno
zostawiając srebrne cięcia
dla czytających dnem szklanki

północ rozwija się jak zwój
spalony na brzegach czasu
ćmy piją światło z gardeł latarni
aż rozpuszczą się w niepamięci

a ja piszę twoje imię na wodzie
parującej w stronę księżyca —
jedynego świadka bez języka

w pęknięciu między „było” a „będzie”
płomień wywija kankana
na linie między istnieniem a próżnią
głuchy na oddech niesłyszalny o północy

nasze ciała — popiół wirowany oddechem
tańczyliśmy jak błyski
bez świadomości
że ogień bywa zimny i niemy

czasem myślę że świat to cień
iskry stłumionej w gardle wszechświata —
szept który nie chce być łkaniem

ten wiersz nie ma końca
ma tylko pęknięcie
rosnące w rytm niesłyszalnego oddechu
rozpada się na piasek
ale piasek pamięta kształt dłoni
nawet jeśli dłoń była tylko pragnieniem

Kategorie
Post

Pracownia świateł i znaków

W „księdze zmierzchu” litery płoną szeptem —
zapraszam gdzie mgła
splata się z sennym oddechem.

W dłoniach z lodowego szkła przynieście
klucz odlany z żaru niewypowiedzianych imion
by otworzyć bramę z cienia i świtu.

Tu lilia wisi w próżni –
zakotwiczona imiennym oddechem—Róża
jej płatki to mapy utkane z westchnień wiatru.

Zwierciadło unosi twarze
rozmyte w drżącym odbiciu
a prawda odbija się w płynnym czasie.

Łódź z księżycowego szkła
płynie po błyszczącej żyłami nocy
wioząc dusze zapisane w ognistych językach.

Każda gwiazda to znak —
wciąż niezagojona świetlana blizna
usta zmienią ją w spopielone wspomnienia.

Przybywajcie!
W „warsztacie symbolu”
przetopimy łzy w konstelacyjny alfabet
a zakurzony wszechświat przemówi runami.

Nie pytajcie o cień tańczący w rogu —
to odbicie skrzydeł śpiącego motyla.

Kategorie
Post

Szarlotka i Nogi od Stołu (pigułka groteski z komizmem)

Kuchnia pachnie niebem pokrojonym na ćwiartki jabłek.
Noga od stołu jęczy, że ma dosyć geometrycznej codzienności –
„Cyrk!” – szepcze, wyginając sęk w arabesce,
gdzie każdy aplauz to życiowa szansa wymachiwania chorągiewką na dachu wiaty.

Na patelni masło skacze jak oparzone,
wydziela spiskowe hasło: migdałowy sygnał dla uciekinierów.
Cieniste mąki układają się w archipelag,
a wałek do ciasta unosi się nad blatem jak pogłoska.

Kot wkracza bez pukania, przeciąga źrenice w pytajnik:
„Czy pieczesz marzenia na złoto, czy na próżno?”
Jego ogon pisze w powietrzu równanie,
gdzie „x” to miejsce, w którym giną wszystkie odpowiedzi.

Radio chrząka –
Pogodynka zamienia się w klauna
z parasolem pełnym gradowych dowcipów.
Śmieje się, że burza to tylko nieudany numer żonglerski,
chmura, tęcza to resztki farby z płótna Boga.

Szarlotka w piekarniku rośnie jak bunt,
zegar trzepocze wskazówkami,
jakby czas nagle nauczył się latania.
Noga od stołu odrywa się z chrzęstem,
wiruje w obłoku mąki –
teraz jest ptakiem nieznającym słowa „kąt”.

Wanilia śpiewa szansonetkę o tym,
że każdy deser to spisek przeciwko goryczy.
Cynamonowe gwiazdy spadają na stół,
pierwszy kęs ciasta rozgryza ciszę –
okazuje się, że cały ten spektakl
to tylko preludium do lotu,
gdzie szarlotka huśta się na linie z bitej śmietany,
a ziemia jest płaskim plackiem.

Nigdy nie miała prawa się udać.

Kategorie
Post

ślady pisane węglem

mówili że dom rośnie z desek
lecz fundamenty to ślady stóp ojca
wracał z pola a ziemia pod paznokciami
— czarny pergamin

matka prała ciszę w balii
wirującej jak globus bez nazw
my liczyliśmy słoiki
bursztyn kiszonej kapusty
rubinowe buraki
— każdy zakręcony na głód
co szeleścił za szybą
jak niedzielna gazeta

lipcowe siano pachniało potłuczonym szkłem
kosiarka zawodziła już-nie-wołaj-już
a dziadek gubił litery w modlitewniku
zastępował amen plamą tytoniu
wieczność — zasuszonym płatkiem maku

gdy odeszli dom stał się księgą
z rozdartymi stronami
szuflady pełne guzików bez oczu
łóżka — tratwy zakurzonego oceanu
w kredensie — cukier sprzed potopu
kryształ słodszy niż milczenie

dziś noszę w kieszeni groch z ich ogrodu
rytmicznie kiełkuje warkotem traktorów
śmieją się że kopię pod asfaltem
jak pies szukający boskich kości
wiem
ziemia wzdycha przez pęknięcia w betonie
— każdy oddech to abecadło
które układam z pokruszonego węgla

Kategorie
Post

puste krzesło

babcia zawsze siadała przy oknie
łokieć na parapecie
oczy zatopione w ulicy
lśniły wieczną młodością

patrzyła
jak chłopak w niebieskiej kurtce
codziennie o czternastej
rzuca kamieniem w latarnię
jakby chciał coś obudzić

mówiła że wszystko widać
jak ktoś biegnie
jak ktoś wraca
po raz pierwszy otwiera furtkę
lub zamyka ją na zawsze

kiedy babcię zabrali
krzesło przy oknie stało puste
latarnia nadal drżała na wietrze

lecz nikt już nie liczył uderzeń

Kategorie
Post

Elegia dla Atlasa, który upuścił niebo

niebo pękło jak epileptyczne lustro —
a my dzieci z dłońmi pełnymi szkła
ssiemy cukier z ran księżyca
tańczymy walca na muszlach martwych oceanów

słoneczniki chylą się ku ziemi
szepcząc prochem staniemy się wargami robaków
lecz korzenie pną się w górę
piją deszcz z ołowiu i wrzasku

wiesz czas to tylko szyderczy szewc
łatający dusze nićmi z błyskawic

nocą śpię z uchem przy ziemi
słyszę jak gwiazdy rdzewieją w gardle boga

a ty
ty uczysz mnie oddychać w wodzie
gdzie płoną biblioteki

wiatr przynosi mi twoje listy
każde słowo to czarna róża
rozkwitająca w płucach
kolcami ryjąca apokaliptyczny alfabet

o północy widziałem
jak mój cień odkleja się od stóp
i idzie w stronę lasu
gdzie posągi szepczą wspak
imiona których nigdy nie było

a jednak
gdy światło umiera jak zwierzę w potrzasku
śmieję się szeptem
bo nawet pustka ma swój smak
gorzki jak pierwszy oddech
słodki jak ostatni grzech

Kategorie
Post

Krew ziemi

Pietrkowi matka z grobu szeptała:
„Niech korzeń w serce ci wrośnie,
niech chleb w pół słowa się łamie,
a deszcz napoi cię niepokojem”.

On łopatą wgniatał w bruzdy
kruche szkielety kartofli.
Niebo pękło jak garnek,
wylało smutek z gwiazd i popiół.

W studni święta woda skisła,
w kościele Pan Bóg odwrócił twarz.
Pietrek modli się na kamieniu,
który ziemia wypluła krwawym znakiem.

Włosy ma z perzu i rdzy,
dłonie – dwa toporki świtu.
Żona w garnku łzy warzy,
gdyż dziecko zrodziło się bez krzyku.

Nocą chłop w polu klęczy,
słyszy, jak zboże w nim rośnie.
„To nie ja żyję” – szepce do miedzy –
„To we mnie umiera coś po mnie”.

O świcie, gdy kury pieją
pianiem zardzewiałym od głodu,
wynosi na moczary swój ból
w zawiniątku z łyka i powrozów.

Zostawia go tam, gdzie rzeka
wężem wijąc się pości.
„Niech inni znajdą, niech jedzą” –
klnie i żegna się trzy razy strachu pomny.

Pietrek zostaje. Wie, że korzeń,
który w sercu wzrastał,
nigdy nie pozwoli mu odejść.
Ziemia go trzyma –
jak matka i puścić nie może.

Kategorie
Post

sezonowe uczucia

śluby dziś pachną instagramem
jednorazowe bukiety z odzysku
na obrączkach wygrawerowane hashtagi
uczucia zamknięte w losowej relacji

przysięgi są niczym oddech na szybie
rozmywają się nim zrozumiesz słowa
wiatr rozwiewa ostatni żar z kominka
choć zawsze był elektryczną atrapą

serce – plastikowy kubek
gnieciony jedną ręką
wrzucony do zmieszanych odpadów
po bólu pozostaje przestrzeń
poszukująca dawnego sensu

w tłumie ulotnych spojrzeń
czasem odkrywane jest uczucie
twarde jak skała żywe jak korzeń
a gdy życie próbuje je złamać
staje się źródłem wiecznej siły

Kategorie
Post

nici w pustych dłoniach

rozmowa dwóch much na szybie
jedna twierdzi że nie ma wyjścia
druga nie widzi świata za szkłem
tylko pustkę nieodbijającą twarzy

na podłodze ślady butów
marne życie wydeptane z brudu
cofanie się nie jest opcją
choć drzwi otwarte jak ramiona
nigdy nie wiedzą kogo objąć

w kuchni sól zbiera się w grudki
powiedziałaś że to łzy ziemi
ale ziemia nie płacze –
ludzie to robią za nią
ich ręce pękają zmęczone światem

na sznurku wisi pranie
jakby chciało nauczyć się fruwać
pod wiatr zawsze wiejący pytaniami
a odpowiedzi chowają się
za starymi ręcznikami

w rogu pokoju pajęczyna pełna marzeń
złapała czas niezdolny do ucieczki
nikt go nie zauważył –
życie to zaplątana sieć
aż sama się zrywa
zostawiając nici w pustych dłoniach

Kategorie
Post

ziarno łagodnej iluzji

okulary
czasem rzucam byle jak
na stół na parapet
w rozsypanej porze dnia

nie przejmują się tym
znają wszelkie sekrety
postrzegania świata

gdy je zakładam
świat przybiera pozory
kontury kreślą wyraźne kształty
a wewnątrz rodzi się pytanie
czy ostrość
ma prawdziwe oblicze

kiedy je zdejmę
pozwalam sobie na mglistą iluzję
tam gdzie granice
nie ranią
a obce twarze
łagodnieją w cichym rozmyciu

w zaparowanym szkle
tli się odpowiedź
dlaczego tak uparcie chcemy
więcej niż znosi prawda

każdy dzień przypomina
że przejrzystość jest maską
dla brutalnego świata